MOJA HISTORIA
MIŁE ZŁEGO POCZĄTKI
Swoją karierę zawodową zaczęłam zaraz po studiach – dokładnie 01 kwietnia 1996 r. Taki Prima Aprilis, który trwał nieprzerwanie w jednej organizacji blisko 27 lat.
Dosyć szybko pięłam się po szczeblach kariery, rozpoczynając swoją zawodową drogę od stanowiska księgowej, a kończąc na Regionalnym Dyrektorze Finansowym.
Początkowo było miło i fascynująco. Rodzinna spółka, mała, zgrana drużyna. Codziennie ciasto do kawy, upieczone spontanicznie przez kogoś z nas. Poczucie bezpieczeństwa i przynależności. Budowałam zespół, ludzie lgnęli do mnie. Szukali motywacji, wysłuchania, wsparcia. I właśnie ta praca z drugim człowiekiem dawała mi znacznie więcej satysfakcji niż ta, którą czerpałam ze sporządzania kolejnego budżetu, sprawozdania finansowego, budowania strategii, czy obsługi audytu.
Spółka rosła, zatrudniała nowych pracowników, rozbudowywała nowe działy i oddziały, zdobywała kolejne rynki. Zmieniali się Prezesi. Ja trwałam.
Zarządzałam coraz większą ilością tematów, koordynowałam coraz większą ilość zadań. Byłam managerem od wszystkiego. Brałam udział w takiej ilości spotkań w ciągu dnia, że na moje faktyczne obowiązki, wskazane literalnie w umowie o pracę, pozostawały już tylko późne popołudnia i wieczory. Ale wtedy jeszcze nie widziałam w tym żadnego zagrożenia. Z tego chaosu i potrzeby bycia w ciągłej gotowości, czerpałam jednak satysfakcję.
RÓWNIA POCHYŁA
Pierwsza myśl, że nie chcę i nie mogę już tak funkcjonować, przyszła w momencie, kiedy moja ukochana, rodzinna Spółka została kupiona przez “ogromną” azjatycką korporację.
Standardem stała się praca po godzinach i weekendy spędzane w biurze. Wyjazd na urlop bez zabrania ze sobą laptopa, traktowany był jak najgorsza zbrodnia. Wszystko załatwiałam w biegu. Tysiące raportów. Maili. Spotkań. Wyjaśnień. Tłumaczeń do wyjaśnień. Co najmniej połowa z tych działań była kompletnie bezużyteczna i bezwartościowa. Taka sztuka dla sztuki. Myślę, że to była swoistego rodzaju próba, kto jest mocniejszy, bardziej zmotywowany, gotowy do tytanicznej pracy.
Kto z tego sprawdzianu wyszedł zwycięsko – ten w nagrodę otrzymał “przywilej” pracy w firmie z “gigantycznym” potencjałem i ambicjami.
Taki bonus.
Praca bez odpoczynku stała się codziennością. Błędne koło trwało i nakręcało się bez ustanku. Ale nie byłam w tym sama. Był zespół, który miałam wrażenie, że wtedy potrzebował mnie jeszcze bardziej. Przecież nic nas tak nie jednoczy, jak wspólny “wróg”.
W moim gabinecie drzwi były zawsze otwarte. W sensie dosłownym. Wysłuchiwałam Każdego. Pocieszałam, szukałam rozwiązań. Nie czułam, że te moje działania kradną mi czas, przeznaczony na moją „normalną” pracę, którą przez te “rozmowy wsparcia”, często kończyłam późno w nocy.
Najbardziej bolało mnie, kiedy byli zwalniani ludzie albo sami decydowali o odejściu z firmy. Teraz wiem, że nie dawali rady żyć w takim napięciu lub po prostu nie chcieli tak pracować. Najgorzej znosiłam manifestowany na każdym kroku brak szacunku dla drugiego człowieka, ale podobno to standard w azjatyckich organizacjach. Paradoks polegał na tym, że cały czas prowadziłam jakąś wewnętrzną walkę. Nie akceptowałam tej sytuacji, ale jednocześnie brakowało mi czasu, a może przede wszystkim brakowało mi odwagi, żeby dokonać jakiejś radykalnej zmiany.
Trwałam w tym. W którymś momencie wydawało mi się, że znalazłam swój sposób na „odreagowanie”. Zmęczenie i stres kompensowałam zakupami drogich torebek i podróżami. Coraz dalszymi. W tych krótkich epizodach chciałam czuć się szczęśliwa. Żyłam w złudzeniu, że na końcu świata mogę być wolna. Próbowałam odpoczywać, ale faktycznie nie byłam w stanie oderwać myśli od pracy. Odbieranie, w trakcie urlopu służbowych telefonów od przełożonych, to też “klasyk” zgodny z azjatyckimi standardami. Wracałam zmęczona do niezmienionej rzeczywistości: setek maili, oczekujących na reakcję na “cito”, spotkań, działań, problemów.
ŻYCIE WYSTAWIA RACHUNEK
W 2020 r. przyszła pandemia. Większość organizacji przeszła na pracę zdalną, ale nie moja Spółka. My byliśmy “nieśmiertelni”. Nie odpuszczający nawet na moment. Nasz firmowy świat nie zwolnił. Nawet na sekundę. Powiedziałabym, że nawet znacząco przyspieszył. Najważniejszy był wynik. Nie człowiek. Nie jego strach. Wygrała intuicja i ambicja przełożonych. Pandemia była niewiarygodną szansą rozwoju dla branży. A to liczyło się nade wszystko! Skończyło się na tym, że pracowałam jeszcze więcej. Spółka w Polsce przejęła handlową obsługę kolejnych krajów w Europie Środkowej i Wschodniej.
Zostałam Dyrektorem Finansowym Regionu. Ambitnie. Były pieniądze, świetny samochód i kompletny brak czasu na cokolwiek innego poza pracą. Nawet nie miałam chwili, żeby się z tego awansu ucieszyć.
Jakoś w tym czasie przestałam normalnie spać. Co dziwne, praktycznie nikt z mojego najbliższego otoczenia nie dostrzegał, że takie działanie – to droga donikąd. Jedynie mój Tata – sam ogromny pasjonat życia, zwracał mi uwagę, że świat, w którym funkcjonuję nie bierze jeńców i że taka sytuacja nigdy się dobrze nie kończy. Tylko On widział absurd mojego postępowania i nie wahał się mówić mi o tym wprost, zwłaszcza wtedy, kiedy kolejny raz przekładałam rodzinne spotkania, tłumacząc się brakiem czasu, bo…praca.
Słuchałam tego, co mówi, ale nie miałam siły, czasu i miejsca w głowie, żeby to usłyszeć. Jeszcze nie wtedy.
W lipcu 2021 r. kończę 50 lat. Miesiąc później Tata nagle umiera. W Jego ostatnich, świadomie wypowiedzianych do mnie słowach, błaga mnie, żebym się opamiętała, przestała pracować w takim obciążeniu, skupiła się na sobie i zadbała o relacje. Zwłaszcza te najbliższe. Wtedy coś we mnie pęka.
MOCNE POSTANOWIENIE POPRAWY
Zaczynam dojrzewać do zmiany. Próbuję odpuścić. Wypalony organizm błyskawicznie wysyła mi sygnał, że dłużej nie dam już rady. Rutynowa wizyta u lekarza, kończy się zwolnieniem lekarskim. Wytrzymuję bez pracy dwa miesiące.
Wracam do firmy z mocnym postanowieniem zmian. Wracam ze wzmocnioną asertywnością. Naiwnie myśląc, że uda mi się pracować na moich warunkach. Bez nadgodzin. Bez nocnego odpowiadania na maile.
Ale taka „odmieniona” nie podobam się już korporacji. Zaczynam być przezroczysta. Pomijana w ważnych tematach. Ignorowana. Nie jestem „targetem” mojej organizacji. W kilku żołnierskich słowach dostaję jasny komunikat, że tu jest miejsce dla młodych, ambitnych, posiadających kredyt. Najlepiej duży. Nie jestem młoda, nie mam kredytu. Jestem ambitna, ale to nie wystarcza. Nie wpisuję się.
Jest mi z tym dobrze, ale i źle jednocześnie. Takie rozdwojenie jaźni. Mam trochę więcej czasu. Podświadomie czuję, że to jest szansa na coś nowego. Jedyne, co mnie ogranicza, to strach. Strach przed zmianą. Obawa, czy będę umiała żyć „bez korporacji”. W końcu dochodzi do tej najważniejszej rozmowy z moim przełożonym, w której wspólnie ustalamy warunki mojego odejścia.
Pracę rozpoczętą 27 lat temu w Prima Aprilis, kończę w Halloween. Taki chichot losu.
W noc poprzedzającą moje odejście z firmy , śni mi się Tata, jeżdżący na rolkach. Przekaz jest dla mnie oczywisty i jednoznaczny: „Jedziesz!”
Przestaję się bać. Nabieram, jakiejś gigantycznej pewności siebie i odwagi do wprowadzenia pomysłu na moje nowe życie. Pomysłu, który dojrzewał w mojej głowie od tak dawna. Pomysłu, na którego realizację nigdy wcześniej nie miałam czasu, ale realizowałam go podświadomie. Trafiam do szkoły Coachów. Jest październik. Wszystkie kursy i studia dopiero ruszają. Kolejny znak, że to dobry kierunek zmian. Uczę się intensywnie. Kończę kolejne szkoły, kursy. Zaczynam prowadzić sesje coachingowe. Zaczynam pomagać ludziom „na serio”. Zaczynam robić to, co zawsze chciałam. Zaczynam żyć.
NOWA JA
Bazując na moim doświadczeniu i przebytej drodze, pomagam Klientom “zatroszczyć” się o siebie. Pomagam w stawianiu przez Nich jasnych granic. Pomagam Im w uczeniu się zjawiska “odpuszczania”. Towarzyszę w szukaniu zrównoważonego życia.
Życia tu i teraz.
Współpracuję nie tylko z Klientem indywidualnym, ale pomagam przede wszystkim organizacjom zadbać o dobrostan ich kluczowych managerów. Na szczęście coraz więcej firm wykazuje się daleko idącą mądrością w dostrzeganiu niepokojących symptomów wypalenia u swoich Pracowników. W wielu przypadkach można skutecznie temu zjawisku zapobiec. Moim klientom pomaga fakt, że ja dokładnie wiem, jak to jest, kiedy ambicje konkurują z gigantycznym zmęczeniem.
Rozumiem samotność managerów w walce z ciągłym stresem, “niedoczasem”, przepracowaniem. Pomagam Im odnaleźć równowagę, odzyskać lekkość w działaniu, uwolnić się spod presji czasu i otoczenia. Uświadamiam, że pracować lepiej i efektywniej, wcale nie znaczy, że trzeba pracować więcej.
Chcesz poczytać więcej o program dla organizacji kliknij tu.
Posłuchaj mojej rozmowy z podcasterem Mateuszem Błochem
Poruszyliśmy tematy związane z moją karierą zawodową, dużymi pieniędzmi, ciężką pracą, wypaleniem oraz odnalezieniem nowej drogi w coachingu i w pomocy innym.